piątek, 27 stycznia 2017

Teneryfa, rekonesans - dzień 8.

Dziś jest ostatni dzień mojego rekonesansu na Teneryfie. Wstaję poirytowany perspektywą nieuchronnego powrotu do Polski. Nie mam ochoty wracać do naszego zimnego kraju. Z różnych powodów. Trochę chodzi o pogodę, trochę o nastroje w kraju i moje poczucie dyskomfortu. Problem w tym, że nie mam też przekonania, że chcę zostać właśnie tu, na Teneryfie. To wszystko sprawia, że mam nastrój jest chmurny niczym listopad w Polsce. Mimo to dzielnie zbieram się w sobie i biegnę na autobus do Costa Adeje. Jadę do Puerto Colon zawieźć moje żeglarskie CV. Liczę na to, że któraś firma mnie zatrudni i spełni się moje marzenie o pracy na łódce. Z Puerto Santiago  autobusy nie jeżdżą zbyt często - mniej więcej co pół godziny. Dodatkowo rozkład jest dość specyficznie rozpisany - podane są godziny odjazdu autobusu ale ze stacji początkowej. Bazując na tej informacji należy sobie obliczyć, o której mniej więcej autobus się pojawi na konkretnym przystanku. Udało mi się dotrzeć na przystanek w ostatniej chwili. Po chwili zmierzam już w stronę tutejszego trójmiasta czyli Costa Adeje, Las Americas i Los Cristianos. Podczas drogi przyglądam się mijanym wioskom i miasteczkom i zastanawiam się czy naprawdę podobało mi się życie tutaj. Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

W porcie zostawiam kilka CV, aż w końcu, w jednym z biur trafiam na przemiłą Brytyjkę, która tłumaczy mi, że moje uprawnienia żeglarskie mogą nie wystarczyć do pracy na Teneryfie. Okazuje się, że Hiszpania niechętnie honoruje inne niż własne patenty i nakłada wysokie kary na firmy zatrudniające pracowników nie posiadających właściwych papierów. Do tej pory byłem przekonany, że moje uprawnienia wystarczają, sprawdzałem to przecież w internecie. Postanawiam to jednak potwierdzić. Biegnę więc najpierw do Kapitanatu w Costa Adeje, po to tylko, żeby dowiedzieć się tam, że muszę pojechać do Kapitanatu do Los Cristianos - pierwsze starcie Szymon vs hiszpańska biurokracja 0:1. Po długiej i męczącej drodze docieram do drugiego Kapitanatu po  to, żeby usłyszeć, że moje patenty wystarczą mi do żeglugi rekreacyjnej, ale jeśli chcę pracować na Kanarach to muszę ukończyć hiszpańskie kursy. Dostaję kartkę z wypisanymi miejscami, gdzie mógłbym zdobyć potrzebne mi uprawnienia. Wściekły już zupełnie, z poczuciem, że właśnie mój podstawowy plan się posypał idę zjeść. Następnie zamiast wracać do Puerto Santiago, siadam na przepięknej plaży. Medytuję jakiś czas podziwiając kolor oceanu. Słońce i cudne widoki robią swoje, więc jakiś czas później rozgoryczenie i złość ze mnie uchodzi. Pozostaje refleksja, że nie łatwo jest realizować swoje marzenia. A także wniosek, że te kursy da się  przecież zrobić. Sprawdzę ile kosztują i podejmę decyzję.

Po powrocie do hotelu nie mam już czasu na przemyślenia. Pozostaje się spakować, ogarnąć dzieciaka i czekać na przelot do kraju. Koniec rekonesansu. Czas wracać do domu.

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?


Port w Los Cristianos

Plaża w Los Cristianos

miejsce mojego odpoczynku i medytacji. Plaża w Los Cristianos


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 26 stycznia 2017

Teneryfa, rekonesans - dzień 7.

Dziś zdecydowaliśmy się zrobić dzień całkowicie turystyczny wybraliśmy się do Loro Parku. "Loro" oznacza po hiszpańsku papugę i ten park to po prostu zoo z dużym zbiorem kolorowych ptaszyn. Mają ich tam kilkadziesiąt lub nawet kilkaset gatunków. Jednak to nie ptaki są tak naprawdę siłą napędową parku. Turystów najbardziej bowiem przyciągają pokazy delfinów oraz orek.

Żeby tam dotrzeć musieliśmy wstać wcześniej niż zwykle i zmobilizować się by zdążyć na turystyczny autobus. Pierwszą atrakcją był przejazd trasą, która wiedzie przez górzyste obszary, jest bardzo kręta, ale też malownicza. Pokonywałem ją po ciemku samochodem wracając z Puerto de la Cruz. Teraz zaś mogliśmy podziwiać piękno wyspy w pełnej krasie. Teneryfa jest bardzo zieloną wyspą, jak na kanaryjskie warunki. W górach dominuje specyficzny gatunek sosny, i wszystko to wygląda po prostu pięknie. 

Wkrótce docieramy do celu, który okazuje się być pełny turystów i zatłoczony. W pierwszej kolejności oglądamy pokaz orek. Podziwiamy różne skoki i figury. Patrząc na to zastanawiam się tylko, czy te zwierzęta mogą to lubić, czy jest to dla nich stres. Następnie udajemy się na pokaz delfinów i tu już nie mam podobnych wątpliwości, bowiem sympatyczne ssaki wydają się świetnie bawić. Widać, że mają doskonały kontakt z trenerami i to po prostu dla nich duża frajda. Ten pokaz zrobił na mnie największe wrażenie. Nie wiedziałem, że delfiny są tak szybkie i zwinne w wodzie, że potrafią tak wysoko skakać (4-5 m ponad taflę wody). 

Wartymi wspomnienia są też  oceanarium i 'pingwinarium' - oba miejsca były naprawdę ciekawe. W oceanarium przechodzi się tunelem przez wielkie akwarium, w którym pływają płaszczki, rekiny i inne morskie stworzenia.

Jednakże całość Loro Parku trochę rozczarowuje, zwłaszcza w zestawieniu ceny biletu. Część atrakcji była po prostu tandenta, podobnie jak punkty gastronomiczne. Szumnie zapowiadany i reklamowany Loro show, to po prostu pokaz dla dzieci z użyciem kilku papug. Z perspektywy uważam, że mogliśmy ten dzień i wydane na bilety pieniądze spożytkować znacznie lepiej.

Tym razem spędziliśmy ten dzień jak typowi turyści.. No prawie całkowicie, bo w mojej głowie tkwiła już niemiła mi myśl, że następnego dnia wieczorem będę wracać do zimnej Polski. Nie mam ochoty na ten powrót. Wcale, a wcale. 

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
Relacja z szóstego dnia


Takiego widoku w męskiej toalecie to chyba nie ma nigdzie ;) Loro Park

Loro Park, Pingwinarium

Loro Park, tunel w oceanarium

Loro Park




POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

środa, 25 stycznia 2017

Teneryfa - rekonesans, dzień 6.

Wczoraj było depresyjnie, a dziś jest bardzo udany dzień. Po pierwsze dowiedziałem się, że polskie biuro podróży pomoże mi zorganizować tutaj mieszkanie, więc będę mógł to zrobić w dużej części zdalnie, po powrocie do Polski. Potem w moim hotelu spotkałem Litwinkę prowadzącą fashion show połączony ze sprzedażą ubrań. Okazało się, że mieszka ona na Wyspie od roku. Wypytałem ją więc o co tylko się dało oraz wziąłem numer telefonu. Może się przydać.  Litwinka wyemigrowała z podobnych co ja pobudek, podoba się jej na wyspie i spotyka tu przyjaznych ludzi. Potwierdziło się też, że mieszkania są kosmicznie drogie i trudno znaleźć coś godnego uwagi. Dowiedziałem się, że miesięcznie internet z kablówką kosztuje 45 Euro, a rachunki za prąd i wodę mogą sięgać 80 Eur na 3-4 dorosłe osoby.

Po południu pojechałem do Los Americas spotkać się ze znajomym E., który przeniósł się na Teneryfę wraz z rodziną we wrześniu 2106. E. nakreślił mi bardzo dokładnie sytuację panującą na wyspie, przez co ta rozmowa była dla mnie bardzo wartościowa. Dowiedziałem się, że:
  1. Na wyspę przybywa około 20 tyś emigrantów rocznie - to bardzo dużo zważywszy, że populacja Teneryfy to nie cały milion. Prawdopodobnie w ciągu kilku lat napływ emigrantów z Europy stanie się tu poważnym problemem.
  2. wzmożony ruch turystyczny, po tym jak kraje arabskie stały się zbyt niebezpieczne, by tam jeździć sprawił, że ludzie zaczęli masowo wynajmować mieszkania krótkoterminowo turystom. Wynajęcie ładnego mieszkania na dłuższy termin i za sensowną kwotę graniczy z cudem. Dodatkowo, co lepsze mieszkania są od razu 'zaklepywane' po znajomości i w ogóle nie trafiają na rynek i do agencji. Na długoterminowy wynajem trafiają więc głównie rudery, których nie chcą turyści.
  3. Wyspy postrzegane są jako bezpieczne, bo zbyt odległe i mało znaczące strategicznie, by ktoś chciałby tu prowadzić wojny. Niewiele jest tu też imigrantów z krajów arabskich, co także może podnosić bezpieczeństwo tej lokacji. Takie postrzeganie wyspy jest jedną z przyczyn wzmożonej imigracji
  4. Życie standardzie podobnym do korpo-warszawskiego (dobre jakościowo jedzenie) jest tu 2-krotnie droższe niż w Polsce. Ceny mają inną strukturę - paliwo jest tańsze niż u nas, ale np nabiał 3-4 razy droższy.
  5. Samochody są bardzo drogie - ograniczony rynek, wysokie koszty przywozu aut na wyspę sprawiają, że używane auta trzymają cenę. Z drugiej strony wiele aut jest w złym stanie - dużo rzeczy w nich nie działa, nie były prawidłowo serwisowane itp.
  6. Regulacje prawne Hiszpanii bardzo chronią lokalny biznes - są tak stworzone by maksymalnie utrudnić wejście z zewnątrz. Czasem wymagania są zupełnie absurdalne
  7. Polacy raczej nie trzymają się razem i nie pomagają sobie nawzajem. Raczej należy spodziewać sie wyrachowania niż bezinteresownej pomocy.
  8. Południe wyspy jest bardzo ciepłe, za to słabsze pod względem infrastruktury - np ma kiepskie place zabaw. Północ jest znacznie bardziej zielona i łatwiej tam żyć (nie będąc turystą), jednak wiąże się to z mieszkaniem w aglomeracji miejskiej; trudniej tam o luźniejszą zabudowę.
  9. Jest spory problem z przedszkolami oraz szkołami. Bezpłatne są kiepskie, w płatnych brakuje miejsc.
  10. Pozostając przy dzieciach - bardzo drogie są zabawki - bardziej opłaca się zamówić na allegro niż kupować lokalnie.
  11. Paczka 20kg nadana pocztą kosztuje ok 140zł. Opłaca się więc nadawać zbiorcze paczki
  12. Rynek pracy jest ubogi. Jest więcej chętnych do pracy niż stanowisk. Dodatkowo, jest to praca głównie w sektorze turystyki. Płace są niskie. Znacznie łatwiej się tu żyje posiadając zewnętrzne źródło dochodów.
  13. Wyspa jest bardzo zróżnicowana. Można spotkać tu bardzo różne krajobrazy. Nieprędko sie znudzi.
  14. Warto zainwestować w mieszkanie na wyspie z przeznaczeniem pod wynajem. Wynajem krótkoterminowy jest nielegalny, ale i tak wszyscy to robią.
  15. Znajomość języka hiszpańskiego dużo ułatwia.
  16. Agencje mieszkaniowe traktują poszukujących mieszkań pod wynajem jako klientów gorszej kategorii ponieważ zarabiają głównie na sprzedaży lokali. Dodatkowo początkowo nie traktują serio osoby, która zgłasza się do nich w poszukiwaniu mieszkania na wynajem. Dzieje się tak, ponieważ mają dużo wakacyjnych klientów niby poszukujących mieszkań, którzy zapominają o sprawie wraz z końcem urlopu. Dlatego do agencji trzeba wybrać się kilka razy, by uwierzyli, że mamy poważne zamiary.
Podsumowując - trzeba się naprawdę postarać żeby pokonać wszystkie bariery i zadomowić na Teneryfie. E. np zrezygnował z mieszkania w Warszawie o powierzchni 80m2 na rzecz kawalerki z tarasem, w której mieszka z żoną i dziećmi. Warto przyjechać tu na rok na próbę i dopiero po tym czasie podjąć decyzję co dalej. Krótsze okresy nie pozwolą tak naprawdę poczuć jak to jest 'musieć' sobie poradzić z lokalnymi problemami. Wtedy można podjąć świadomą decyzję. okresy poniżej roku to tylko dłuższy wyjazd na wakacje.

Po spotkaniu z E. wybrałem się pieszo, promenadą wzdłuż oceanu do Puerto Colon w Costa Adeje. Zamierzałem wypytać tam o pracę na żaglówkach. Na razie nic nie wskórałem, bo każdy prosił mnie tylko bym zostawił swoje CV, którego nie przygotowałem. Zauważyłem jednak, że moja kandydatura spotyka się z pewnym zainteresowaniem ze względu na język polski. Sądzę więc, że jestem w stanie znaleźć pracę na żaglówkach. Spodziewane zarobki: 1000- 1200Eur. Nie za dużo, ale niczego innego się nie spodziewałem. Zamierzam szybko skonstruować moje żeglarskie CV i dostarczyć je w czwartek rano. Może coś pozytywnego z tego wyniknie:).

Z wyprawy wracam bardzo podbudowany. Z jednej strony jestem świadomy trudności i problemów jakie mnie tu czekają, z drugiej - oczami wyobraźni już widzę siebie na pokładzie jachtu. Wracając do hotelu obserwowałem z okien autobusu piękny zachód słońca nad oceanem i czułem wyraźnie, że chcę tu zostać i dać tej wyspie szansę.Na powrót do Warszawy nie mam najmniejszej ochoty. Ba! krążąc po tzw Trójmieście (Costa Adeje, Los Cristianos, Los Americas) oraz jeżdżąc publicznym transportem przez moment poczułem się już bardziej jak tubylec, a nie turysta. I to było bardzo przyjemne uczucie.

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
Relacja z piątego dnia 

Chcesz wiedzieć co było potem?
Relacja z siódmego dnia

 


Promenada w Las Americas

Promenada w Las Americas

Promenada w Las Americas

Promenada w Las Americas

Promenada w Las Americas

Puerto Colon


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 24 stycznia 2017

Teneryfa - rekonesans, dzień 5.

Zeszły poniedziałek nazwany został Blue Monday - najbardziej depresyjny roku. Ja zaś obchodzę taki dzień nieco ponad tydzień później. Od rana mam ponury nastrój. Jest on powodowany częściowo moimi przemyśleniami. Dowiedziałem się, że na założenie własnego biznesu na Teneryfie w zasadzie nie mam szans. Dodatkowo Puerto Santiago - miejsce, które sobie upatrzyłem - także okazało się rozczarowujące. Czasem można zakochać się w jakijś lokacji od pierwszego wejrzenia, od razu chcieć zostać tam dłużej. Ani mi, ani mojej żonie nic takieg się w Puerto Santiago nie przytrafiło. Miasteczko jest ładne, z widokiem na ocean, na klify. Tyle że jakoś nas nie przekonuje. Zdecydowanie bardziej podobało nam się zwiedzane wczoraj Puerto de la Cruz. Podsumowując mój pierwotny plan nie wypali. Jestem w punkcie, w którym wiem, że nie mam ochoty wracać do Warszawy i wiem, że chciałbym popracować żeglarsko, ale nie do końca wiec jak i gdzie to urzeczywistnić. Humoru nie poprawia mi fakt, że jest to stan znany mi od dawna. Wiem, czego nie chcę, ale brak konkretów. Fakt, że mój pierwotny plan został rozbity irytuje mnie  i drażni. Oczywiście wiem, że to po prostu kolejny etap - wiedza, którą zbieram w ciagu tego tygodnia na wyspie zaowocuje kolejnymi pomysłami. Ale w tej chwili nie mam gotowej recepty na to, co dalej i to mi psuje nastrój. Dodatkowo, okazało się, że 2 mieszkania, które miałem na celowniku w tej okolicy nie będą możliwe do wynajęcia.

Takie myśli zajmowały mi głowę przez większość leniwego dnia na leżaku. Nastrój poprawił mi sie dopiero pod wieczór, kiedy poszedłem z rodziną na spacer, a Teneryfa uraczyła nas przepięknym zachodem słońca. Puerto Santiago ma swoje momenty. Nie poddaję się. Jutro kolejny dzień spotkań i zbierania informacji.

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
Relacja z czwartego dnia

Chcesz wiedzieć co było później?
Relacja z szóstego dnia


Puerto Santiago

Piękny zakątek z tarasem widokowym, Puerto Santiago

Nie chcemy bardzo dużo od życia. Ot, taki stolik na poranną kawę ;)

Nadmorski pasaż, Puerto Santiago

POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Teneryfa - rekonesans, dzień 4.


Dzisiaj na Teneryfie panuje pochmurna pogoda. Postanawiamy zatem wynająć samochód i zwiedzić wyspę. Wkrótce zostawiamy za sobą Puerto Santiago i klify Los Gigantes i krętą, górską drogą jedziemy w kierunku wulkanu Teide. Górska jazda pełna zakrętów zawsze sprawiała mi masę radości i dziś jest nie inaczej. Dookoła mamy oszałamiające widoki. Najpierw zielone, pełne kararyjskich sosen wzgórza, a potem - powyżej pewnej wysokości skalny, 'księżycowy' krajobraz. W którymś momencie wjeżdżamy powyżej pułapu chmur i odtąd kontynuujemy podróż w słońcu. Docieramy do końca drogi - wyżej można dostać się już tylko kolejką linową, bądź pieszo. Rodzinę zostawiam więc na dole, a sam wjeżdżam kolejką 1200 m w kierunku szczytu. Na górze jest chłodno - około 0 stopni. Podziwiam piękną panoramę. Żałuję, że nie mam czasu wybrać się na pieszą wyprawę na sam krater. Muszę wracać bo na dole czeka na mnie rodzina.

Krajobraz widoczny z dolnej stacji kolejki linowej na wulkan Teide


Widok z górnej platformy kolejki na wulkanie Teide

wagonik kolejki na wulkanie Teide


Kolejna godzina górskich dróg wiedzie nas przez lasy, czasem skąpane w słońcu, a czasem otulone chmurami. W końcu wyjeżdżamy na północy wyspy. Ta część Teneryfy ma zupełnie inny klimat niż subtropikalne południe. Jest znacząco chłodniej, wietrzniej i częściej pada. Za to roślinność jest tu znacznie bujniejsza, przez co czujemy się tu od razu bardziej swojsko. Zwiedzamy bardzo ładne Puerto de la Cruz. To miasto podoba nam się jak na razie najbardziej. Ma swój klimat, jest czyste i po prostu ładne. Przez 10 minut stoję na nabrzeżu i obserwuję wysokie fale rozbijające się o falochrony - Atlantyk doświadcza tę stronę wyspy znacznie bardziej niż jej południowe wybrzeże

Puerto de la Cruz

Puerto de la Cruz


Pod wieczór wracamy górskimi drogami do Puerto Santiago. Mamy trochę obaw  - droga przez góry; nieznana; po ciemku. Na szczęście, wszystkie drogi na Teneryfie są świetnie oznakowane - jest dużo odblaskowych tablic informujących o nadchodzących zakrętach. Bez problemu można połapać się także gdzie należy skręcić by dotrzeć do zamierzonego celu. Ten dzień był wyjątkowo turystyczny, ale dał nam też sporo wiedzy o innych częściach wyspy.

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
Relacja z trzeciego dnia 

Chcesz wiedzieć co było dalej?
Relacja z piątego dnia 


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

niedziela, 22 stycznia 2017

Teneryfa - rekonesans, dzień 3.

Zachód nad plażą w Puerto Santiago

To nasz trzeci dzień na Wyspie i dziś poczułem, że kuracja ciepłem i słońcem zaczyna przynosić efekty. Po raz pierwszy od dawna poczułem się w miarę wyluzowany i wypoczęty. Przez jesienne i zimowe miesiące w Warszawie nie byłem w stanie osiągnąć takie efektu w ogóle. Wniosek jest prosty - potrzebuję do szczęścia słońca i ciepła, a najlepiej jeszcze jakiegoś akwenu w pobliżu. Codziennie tuż przed zachodem słońca chodzę na plażę i patrzę na ocean jak zhipnotyzowany. Uwielbiam te chwile. Dziś Teneryfa dała nam trochę swojej cudownej pogody - świeciło słońce, chmur było tyle, ile jest słonecznej pogody w Polsce o tej porze roku, czyli prawie wcale. Spora część dnia upłynęła nam na słonecznym, rozgrzanym, leniwym zaleganiu na leżakach.

Trzeba jednak było wziąć się do pracy. Późniejszym popołudniem spotkałem się ze wspomnianym dwa dni temu rezydentem. Rozmowa z nim potwierdziła zdobyte wcześniej informacje:
- Polak tu Polakowi wilkiem
- Rynek turystyczny jest przepełniony
- Otrzymanie licencji na żeglarską działalność turystyczną jest możliwe, pod warunkiem, że jesteś Hiszpanem i masz dobre kontakty w urzędach
- Wyspa żyje  z turystyki i Hiszpanie zazdrośnie strzegą swojego złotego źródełka
- Zdalna praca w IT jest znacznie prostszym sposobem na życie na Teneryfie

Rzeczywiście zacząłem coraz poważniej rozważać taką opcję. Myślę, że zamiana polskiego biura na taras z widokiem na ocean byłaby całkiem atrakcyjna. Przemyślę to.

Mam wrażenie, że 3 dni zwiadu tutaj dały mi znacznie więcej informacji niż kilka miesięcy szperania w google. Nauczka na przyszłość.

Chcesz wiedzieć co było wcześniej?
Relacja z dnia drugiego
Chcesz wiedzieć co było dalej?
Relacja z dnia czwartego 
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

sobota, 21 stycznia 2017

Teneryfa - rekonesans, dzień 2.

Plaża w Puerto Santiago

Dzisiaj rano Teneryfa przywitała nas obietnicą dobrej pogody. Niestety, radość była przedwczesna. Szybko niebo zasnuły ciemne chmury i dopiero około 17 pokazał się błękit  - w sam raz na malowniczy zachód.

Dziś przeprowadziłem pierwsze rekonesansowe spotkania. Na pierwszy ogień poszedł rezydent biura podróży. Jest to osoba, która opiekuje się gośćmi danego hotelu jak również sprzedaje im wycieczki fakultatywne. Rezydent jest Polakiem mieszkającym na Teneryfie, a więc dobrym źródłem informacji. Niestety, był on bardzo zajęty, W kolejnych dniach spotkam się z nim ponownie. Udało mi się też zamienić 3 słowa z pracownikiem szkoły nurkowania. Kiedy przedstawiłem mu swój zamiar imigracji, wyczułem wyraźną rezerwę. Mimo to otrzymałem od niego numer telefonu, bym mógł zadać kilka pytań.

Kolejnym punktem programu na dziś było biuro handlu nieruchomościami. Okazało się, że za wysoką, choć jeszcze akceptowalną cenę można w tej okolicy wynająć całkiem ciekawe mieszkanie - co jest dla mnie bardzo dobrą informacją.

Następnie udałem się do polskiego biura turystycznego. Liczyłem na to, że pracujący tam rodacy udzielą mi kilku przydatnych rad i informacji. Miałem szczęście, bo spotkałem właścicielkę biura, która mieszka na wyspie od 17 lat. Z początku niechętna, ostatecznie opowiedziała mi bardzo dużo o funkcjonowaniu firm na wyspie. Niestety, wygląda na to, że rynek usług turystycznych na Teneryfie jest szczelnie  wypełniony. Władze niechętnie przyznają licencje na działalność i faworyzują przy tym localsów. Wnioski z tej rozmowy są następujące:
1) znacznie łatwiej będzie mi zatrudnić się u kogoś, Stworzenie własnego biznesu graniczy tutaj z niemożliwością.
2) może warto przyjrzeć się bliżej koncepcji pracy zdalnej w sektorze IT.

Niestety, wszystkie dzisiejsze rozmowy uświadomiły mi jeszcze jedną rzecz - nieprzychylnie tutaj patrzy się na osoby, które chcą imigrować i pracować w branży turystycznej - traktuje się ich jako potencjalną konkurencję. Nie można liczyć na zbyt przyjazne podejście. Zauważyłem też, że Polacy  unikają tutaj innych Polaków. Panuje brak wzajemnego zaufania, a często także zazdrość i zawiść. Dowiedziałem się, że nawet polscy turyści wybierając dodatkowe wycieczki starają się unikać swoich krajanów. Jest to dla mnie o tyle istotne, że planowałem osiągnąć przewagę nad konkurencją właśnie dzięki
obsłudze po polsku. A teraz już nie jestem pewien czy to rzeczywiście może stanowić atut.


Zdobyte informacje o rodakach zepsuły mi nastrój na resztę dnia. Smutne jest, że tak to wygląda. Dzisiejszy dzień kończę z przekonaniem, że nie mam ochoty wracać do kraju.


Jesteś ciekawy co było wcześniej?
Relacja z dnia pierwszego

Jesteś ciekawy co było dalej?
Relacja z dnia trzeciego
Plaża w Puerto Santiago


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

piątek, 20 stycznia 2017

Teneryfa rekonesans, dzień pierwszy



Zdecydowałem się na wylot na tydzień na Teneryfę, na razie do hotelu i razem z rodziną, aby zrobić rekonesans, zdobyć jak najwięcej informacji, a także poznać ludzi itp. Poniżej relacja z pierwszego dnia wyjazdu:

Puerto Santiago, z tyłu widać klify Los Gigantes


Dziś przylecieliśmy na Teneryfę. Na razie tylko na tydzień i na 

plaża o czarnym piasku
all-inclusive, żeby zrobić rekonesans, 

a także podładować baterie wyczerpane polskim zimnem i brakiem słońca. Samolot mieliśmy o lekko chorej porze - 6 rano, co z kolei zmusiło nas do postąpienia kompletnie wbrew instynktowi i porzucenia łóżek o 3 rano. Podróż przebiegła całkiem dobrze, mimo naszego 8-sięcznego synka. Około 14 czasu polskiego, a 13 lokalnego dotarliśmy do hotelu. Teneryfa z okiem autobusu zrobiła na mnie dobre wrażenie - dużo bardziej zielona od innych wysp archipelagu, tętniąca życiem. Wkrótce wybraliśmy się na spacer po Puerto Santiago. Pogoda do tego była w sam raz - zachmurzone niebo, oraz nienachalne 20 stopni. Po drodze rozglądaliśmy się za miejscami, w których moglibyśmy zamieszkać  i znaleźliśmy kilka miejsc opatrzonych bannerem 'do wynajęcia'. Porobiłem im zdjęcia - do sprawdzenia później. W podobny sposób spostrzegliśmy też kilka potencjalnych samochodów na sprzedaż. Miasteczko jest całkiem ciekawe - gdzieś tam we tle majaczą malownicze klify, bliżej zaś króluje typowa hiszpańska zabudowa,  jest sporo knajpek, w tym wiele prowadzonych przez Niemców. Znaleźliśmy też designerski sklep Bawełna prowadzony przez Polkę. W kolejnych dniach złożymy jej wizytę. 

Sklep Bawełna

Mimo wielu ciekawych punktów zmęczenie i napięcie robi swoje. Na razie czujemy się tu obco i nie bardzo wyobrażamy sobie mieszkanie w tym miejscu. Zobaczymy jak będzie w kolejnych dniach...


Jesteś ciekawy co dalej?
Relacja z dnia drugiego

POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 8 grudnia 2016

Czy świat nam sprzyja?

Ostatnio wspomniałem żonie, że odkąd zabrałem się na poważnie za mój plan, świat zaczął mi sprzyjać - spotykam na swojej drodze ludzi, którzy udzielają mi wartościowych informacji i rad. Nie zdążyłem nawet dokończyć zdania, gdy moja lepsza połówka odparła z lekkim przestrachem: błagam, tylko nie wyjeżdżaj mi tutaj z Coelho.

Chyba każdy słyszał o Paolo Coelho. Niektórzy uważają go za bardzo mądrego człowieka dającego wskazówki innym. Inni twierdzą, że jest on mistrzem truizmów i taniej filozofii. Nie mnie to osądzać. Tenże Coelho popełnił następujące stwierdzenie: "Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć." Brzmi niewiarygodnie i kuglarsko, niczym słynne "Jesteś zwycięzcą". Ale wiecie co? Jest w tym ziarno prawdy...

Pewna prawdziwość tego twierdzenia nie wynika jednak z żadnej nadprzyrodzonej energii, sekretów, czy też innych astralnych obiektów. Da się to wszystko wyjaśnić logicznie. Zacznijmy od tego, że wielu ludzi pragnie zmiany, ale kompletnie nie mają pojęcia na co. Komunikują więc innym swoje niezadowolenie oraz fakt, że bliżej niezdefiniowane coś musi się zmienić. Jaka może być na to reakcja? Można dołączyć się do narzekań, bądź też wyrazić opinię zgoła przeciwną - i tyle!

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja kiedy oznajmiamy, że mamy jakiś konkretny cel. Wtedy okazuje się, że ludzie mają na ten temat informacje, którymi chcą się dzielić. Sugerują literaturę, dają namiary na znajomych, którzy podobne cele realizują, bądź zrealizowali. Dodają otuchy, bądź też krytykują szukając w naszym pomyśle słabych punktów. Tak, czy siak, przyczyniają się do udoskonalania naszego planu wzbogacając go o swoją wiedzę i doświadczenia. I w ten właśnie nieświadomy sposób spełniają coelho-wską przepowiednię.

Wniosek z powyższej historii jest taki, że jeśli chcecie, by świat wam sprzyjał- musicie najpierw wiedzieć w czym. To trochę tak, jak z pytaniem o drogę - nikt wam nie pomoże, jeśli nie będziecie potrafili powiedzieć dokąd chcecie dotrzeć. Jeśli jednak macie konkretne zamiary, możecie liczyć na  wiedzę i wsparcie. Bardzo wyraźnie tego doświadczam odkąd skonkretyzowałem moje
plany. Życzę, żebyście i wy przekonali się o tym osobiście:)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 6 grudnia 2016

Co zyskujesz tracąc?

źródło: freeimages.com



Zmiany w mojej głowie
Ostatnio zaobserwowałem u siebie bardzo ciekawe zjawisko. Im bliżej do wymarzonego wyjazdu na Kanary, tym więcej dostrzegam plusów mojej obecnej sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie jak bardzo fajne jest moje mieszkanie - że naprawdę bardzo je lubię i świetnie się w nim czuję. Zacząłem też znacznie bardziej doceniać moją dzielnice i otoczenie: bliskość lasu, świetną infrastrukturę, przyjaznych sąsiadów. Zobaczyłem też nowe pozytywy w mojej obecnej pracy - wspólne obiady, pogaduchy w kuchni i mecze w Fifę na konsoli. Relatywna bliskość mojej rodziny też nagle nabrała znacznie większego znaczenia. Jednocześnie przestałem odczuwać tak dotkliwie czynniki, które do tej pory napędzały mnie do wyjazdu.


Mieć wybór - to ważne
To wszystko prowadzi do konkluzji, że decyzja o wyjeździe już zaczęła przynosić korzyści. Po pierwsze, sprawiła, że potrafię spojrzeć na swoje obecne życie z innej perspektywy i bardziej je docenić. Po drugie, dzięki niej zyskałem poczucie wyboru, podczas gdy jakiś czas temu czułem się bezradny, wrzucony w sytuację. Wiem, że mogę żyć tak jak teraz, lub też zmienić - wszystko, bądź niektóre aspekty. Świadomość kontroli nad swoim życiem, możliwość przemyślanego wyboru warunków bardzo dużo zmienia.


 Pozytywna strony straty?
Ciekawe jest to, że często trzeba doświadczyć straty, lub przynajmniej się o nią otrzeć, by zacząć doceniać. Dotyczy to zwłaszcza rzeczy, które są tak mocno wpisane w nasze życie, że wręcz stają się przezroczyste. I dopiero ich brak uzmysławia nam, jak bardzo są ważne. Jednak to dopiero zmiany i ruch pozwalają nam docenić to, co już mamy. Dlatego warto czasem zdecydować się na coś nowego, mimo że wiąże się to ze stratą. Poczucie straty - choć nieprzyjemne - pomaga nam uświadomić, co naprawdę jest dla nas ważne. Kiedy coś tracisz, jednocześnie coś zyskujesz - czasem po prostu wiedzę o sobie samym.


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 24 listopada 2016

5 kroków jak porzucić życie w oczekiwaniu i zacząć życie w zgodzie ze sobą


Niedawno pisałem o życiu w oczekiwaniu: Czekanie na.... Wiem, że wiele osób żyje takim życiem i nie bardzo wie jak można coś zmienić. Być może Ty, Czytelniku, też do nich należysz. Niestety, nie mam złotej recepty jak skutecznie przebudować swoje życie, ale proponuję Ci kilka ćwiczeń, które mogą pomóc. Postaraj się być w nich absolutnie szczery wobec siebie. Tu nie ma niepoprawnych odpowiedzi, nie ma też potrzeby ich oceniać, cenzurować lub sztucznie hamować. Te ćwiczenia mają sens tylko wtedy, gdy nie będziesz grał sam przed sobą.

Uświadom sobie, kim jesteś

1. Wyobraź sobie, że zostało Ci tylko pół roku życia. Co zamierzasz robić w czasie, który Ci pozostał? Jak spędzisz te chwile? Zapisz sobie odpowiedzi. Najpewniej właśnie dowiedziałeś się, co tak naprawdę jest dla Ciebie istotne. Co byś chciał zrobić, gdyby nie liczyły się żadne zewnętrzne ograniczenia.

2. Być może pamiętasz jeszcze kim chciałeś zostać kiedy byłeś dzieckiem. Czy marzyłeś o tym, by być strażakiem? lecieć w kosmos? prowadzić ciężarówkę? Zapisz sobie odpowiedzi.


3. Pomyśl, w jakich sytuacjach czujesz się najszczęśliwszy. Może jest to np. gra w piłkę z kolegami, święta z rodziną, ognisko, wycieczka w górach. Te momenty dość pokazują Ci co tak naprawdę jest dla Ciebie ważne. Zapisane czynności dopisz do swojej listy.

Przygotuj plan...

4. Na podstawie zapisanych odpowiedzi z punktów 1-4 postaraj się zrobić listę ulubionych zajęć. Uszereguj wpisy w kolejności od najważniejszej do najmniej istotnej. Najlepiej to zrobić porównując każdy wpis z każdym innym i przyznając za każdym razem 1 punkt zwycięzcy porównania. Potem wystarczy podliczyć punkty i uszeregować listę w kolejności od pozycji mającej najwięcej punktów.


5. Popatrz teraz na 3 pierwsze miejsca ze swojej listy. Wybierz jedno z nich i zastanów się jakie kroki musisz podjąć, byś mógł to osiągnąć lub też robić częściej. Pamiętaj, że każda, nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pojedynczego kroku. Nie osiągniesz od razu swojego celu, zwłaszcza, jeśli jest on ambitny. Ale możesz pomyśleć jaki nieduży krok możesz teraz wykonać, by znaleźć się odrobinę bliżej.

... i zacznij wprowadzać go w życie

Spróbuj wykonywać swoje małe kroczki, który rozpisałeś w poprzednim punkcie. W ten sposób Twój cel zacznie się przybliżać, a wraz z wykonanymi krokami zaczną pojawiać się nowe możliwości. Nie oczekuj, że w tajemniczy sposób osiągniesz szybko cel. Bądź cierpliwy. To nie jest żadna magia, a praca nad sobą i swoimi umiejętnościami. Nie zostaniesz od razu Picassem, ale możesz chociaż kupić farby i namalować swoje pierwsze "maziaje".


Nie zniechęcaj się

Nie zniechęcaj się, jeśli po jakimś czasie okaże się, że dana aktywność przestała Cię kręcić. Właśnie dowiedziałeś się o sobie czegoś nowego, a zdobyte umiejętności mogą przydać się w innym momencie.

Zaangażowanie daje przewagę!

Pamiętaj, że jeśli robisz coś, co naprawdę lubisz to będziesz poświęcał na to więcej czasu, niż osoba, która wykonuje tę rzecz bez przekonania. Poza tym Twoje zaangażowanie będzie widoczne na zewnątrz i zaraźliwe. W ten sposób będziesz w tym obszarze lepszy, niż inni. Ta zasada działa też niestety w drugą stronę: jeśli robisz coś bez przekonania, nigdy nie przebijesz osób, które naprawdę lubią tę dziedzinę.

Dowiedz się więcej

Jeśli naprawdę interesujesz się poszukiwaniem swojej drogi, gorąco polecam Ci książkę "The crossroads of should and must" autorstwa Elle Luna'y, o której już pisałem TUTAJ. Niestety, ta książka nie ma na razie polskiego wydania. Wersję angielską bez problemu można kupić, choćby na Amazon.

To wszystko brzmi prosto, ale wcale do łatwych nie należy. Życzę Ci zatem powodzenia!
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

Bezsenność

Tak wyglądam po nieprzespanej nocy
Jednym z moich demonów pracy etatowej jest bezsenność. Mam ten problem, że kładąc się spać nigdy nie wiem, czy zasnę, czy też będę przez pół nocy przewracał się po łóżku. Ten drugi scenariusz występuje zaskakująco często. Podczas takich bezsennych nocy, jak ta czuję się coraz bardziej zirytowany tym, że mój własny organizm nie pozwala mi odpocząć. Niczym widmo wisi nade mną świadomość, że niezależnie od stopnia niewyspania i tak będę musiał rano wstać i iść do biura. I siedzieć tam 8 godzin. I czekać końca pracy jak zbawienia.

Jest to moim zdaniem kompletnie pozbawione sensu, żebym był zmuszony do wykonywania pracy w stałych godzinach niezależnie od mojego własnego biologicznego cyklu oraz potrzeb. Jestem absolutnie przekonany, że byłbym znacznie bardziej efektywny, gdyby pozwolono mi pracować w moim prywatnym rytmie, z uwzględnieniem dyspozycji w danym dniu, a także z możliwością regeneracyjnej drzemki gdzieś w ciągu dnia. A tak, znów wbrew logice udam się do biura i będę próbować przekupić zmęczony organizm kofeiną tylko po to, żeby jakoś wysiedzieć do 17.

Bez sensu...
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 17 listopada 2016

Czekanie na....

Czekanie...
Czekanie. Na weekend. Na urlop. Na koniec roku szkolnego. Na następną wypłatę. Na koniec dnia pracy. Na emeryturę. Na podwyżkę. Aż dziecko skończy szkołę. Często czekanie to motyw przewodni życia. Zawsze na coś czekamy. I w ten sposób usprawiedliwiamy trwanie w stanie przejściowym. Takim, w którym nie chcielibyśmy żyć na stałe, docelowo. Trwamy, zamiast żyć naprawdę, w zgodzie ze sobą, wykorzystując w pełni czas i własne możliwości, realizując  marzenia. Chcielibyśmy zmienić ten niewygodny dla nas układ, tylko jeszcze trochę poczekamy na....


Przebudzenie?
U niektórych ludzi takie oczekiwanie potrafi trwać nawet całe życie. Inni w pewnym momencie budzą się z marazmu i dochodzą do wniosku, że ich życie zupełnie ich nie satysfakcjonuje. Że minęło wiele  lat, a oni nie zrealizowali prawie nic z tego, o czym zawsze marzyli. Mają za to mnóstwo innych rzeczy, które nie dają im radości. Zewsząd cały czas słyszą, że powinni się cieszyć bo poszczęściło im się w życiu - mają mieszkanie, stabilną pracę, służbowy samochód na alufelgach, narty w szafie i rower za 5000zł w komórce. Często słyszą, że inni daliby wszystko za takie życie. Ale w głębi duszy czują, że to nie jest dla nich. Nie czyni ich spełnionymi ani szczęśliwymi. Nie o tym marzyli.

Kiedy?
Istnieją osoby, które bardzo wcześnie dochodzą do tych wniosków i ignorując tradycyjny model kariery od razu wybierają zajęcie, które im odpowiada. 

Do wielu osób dociera to trochę później - po 10 latach w korporacji czują, że już dłużej nie mogą, że ich życie pozbawione jest smaku i sensu. Wtedy najczęściej porzucają pracę na etat i robią użytek ze swoich oszczędności. Kupują gospodarstwo agroturystyczne, zakładają firmę wytwarzającą ręcznie skórzane torebki własnego projektu.

 Często przebudzenie następuje dopiero po 40-ce. Wtedy mówi się o tzw. kryzysie wieku średniego. Nagle okazuje się, że zostało mało czasu na realizację siebie. Następuje gorączkowa próba nadrobienia zaległości - często w sposób chaotyczny i szkodliwy dla siebie i innych. Młoda dziewczyna u boku, zamiast żony rówieśniczki. Bieg na 10 km po 20 latach siedzenia na kanapie.

 Są też ludzie, którzy dopiero u schyłku swojego życia myślą o tym, co mogli dokonać, ale z czego zrezygnowali. Wtedy pozostaje tylko żal.

Czemu tkwimy w oczekiwaniu?
Jest ku temu kilka ważnych powodów. Po pierwsze, nasze otoczenie narzuca nam pewne sposoby myślenia i wartości. Ciągle słyszymy o tym, jak ważne jest własne mieszkanie, dzieci, praca. Jako ludzi sukcesu przedstawia nam się bogatych ludzi w drogich autach, często wysoko postawionych managerów. Trudno jest nam zrozumieć, że te wartości są narzucone z zewnątrz, a nie nasze własne. Wymaga to dużej odwagi i szczerości wobec siebie samego.

Kolejną trudnością jest zrozumienie, co właściwie byśmy chcieli robić. Wielu ludzi zatrzymuje się na tym etapie - wiedzą, że ich życie im się nie podoba, ale nie mają pojęcia w jaką stronę powinni pójść. Oczekują oni, że w pewnym momencie po prostu doznają olśnienia i od tej chwili będą wiedzieć. To też jest rodzaj czekania, bo taki moment nigdy nie następuje. Jedynym sposobem zrozumienia co dokładnie się chce i lubi, to próbować różnych rzeczy. Jednak nawet jeśli w końcu zrozumiemy co jest marzeniem życia, to nie zakończy naszych problemów.

 Próbując to wdrożyć napotkamy bowiem silny opór społeczny. Ludzie będą uważali, że nasze działania pozbawione są sensu i będą nam to głośno komunikować. Będą wyrażali zaniepokojenie, wątpliwości, czasem wręcz wrogość. Dodatkowo w środku też będziemy pełni lęku - ostatecznie idziemy ścieżką w nieznane, nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi. Czy się uda? Czy nie zabraknie nam pieniędzy? A może się mylimy, a ci wszyscy inni mają rację?

źrodło: Chłopaki nie płaczą

"W życiu trzeba sobie zadać jedno ważne pytanie: co chcesz w życiu robić? A potem zacząć to robić..."

Czy warto?
Jak widać rezygnacja z przeczekiwania życia nie jest prosta. Warto jednak wiedzieć, że istnieje taka możliwość i samodzielnie podjąć decyzję: wolę tkwić w stanie "kijowo, ale stabilnie", czy też "walczę o życie w zgodzie ze sobą". Pamiętajmy, że najczęściej żałuje się bezczynności. Ja sam zaczynam podążać drogą realizacji siebie. Stąd między innymi ten blog i pomysł wyjazdu. 
Życzę wam, żebyście znaleźli siłę, by pokonać lęki i pozostać w zgodzie ze sobą.



 Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat, jak uniknąć przeczekiwania życia, wkrótce ukaże się artykuł pt: "11 porad jak porzucić przeczekiwanie życia"


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

poniedziałek, 14 listopada 2016

Zimowy dysonans

źródło:http://bakkerbugle.com/blog
Zapewne znacie to wrażenie lekkiego dysonansu, kiedy rozmawiacie z kimś, o jakiejś rzeczy, która waszym zdaniem jest beznadziejna, a ktoś mówi że ją lubi. Podaje argumenty i przykłady, dwoi się i troi, a wy mimo to nadal nie widzicie  tym nic atrakcyjnego. Zapewne każdy czasem doświadcza czegoś takiego. Jeszcze dziwniej robi się, kiedy spotykacie wiele osób, które deklarują sympatię do nielubianej przez was rzeczy. Ja tak mam z zimą. Co i rusz spotykam ludzi, którzy twierdzą, że zima jest fajna. A ja zupełnie nie mogę zrozumieć, co w niej widzą.

Rzeczywiście, zima potrafi być piękna. Kiedy pada gęsty śnieg, a wy możecie go obserwować z okna, stojąc przy ciepłym kaloryferze i popijając gorącą aromatyczną herbatę. Albo piękny jest las przyprószony śniegiem. Zaśnieżona łąka, na której nie ma ani jednego śladu buta i która wygląda jak bezkresna pustynia. Jezioro skute lodem. Tylko ile osób ogląda codziennie te jeziora i lasy? A ilu zaś przedziera się przez brudny śnieg i pluchę by dotrzeć do i z pracy?

Zima to wieczne problemy - złe warunki na drodze. Konieczność odśnieżania auta i skrobania szyb. Zakładanie wielu warstw ubrań za każdym razem, gdy chce się wyjść na zewnątrz. Nieprzewietrzone, duszne mieszkania. Brak słońca, krótki dzień. Kiedy wychodzę do pracy jest szarawo, kiedy wychodzę z biura - jest już ciemno. Brak świeżych owoców i warzyw. Awarie pociągów. Ziąb taki, że ciężko wytrzymać na dworze, nie mówiąc już o przyjemności przebywania tam.

Zima to także nieład i brzydota: śnieg maltretowany piaskiem, oponami, zdobiony fekaliami czworonogów (dwunogów czasem też). Błoto pośniegowe podczas odwilży. Smutne kikuty bezlistnych drzew. Szare, ołowiane niebo i brak słonca, który sprawia, że wszystkie kolory blekną i są przytłumione. Kałuże pełne piasku, którym sypano drogi. Chlapa. Smutni, zmarznięci ludzie na brudnych ulicach szarych miast.

Ok, ok. Zaraz ktoś powie o nartach, o słonecznych dniach, świętach itp. Dla mnie nawet 2 tygodnie w najwspanialszym kurorcie, a także te wszystkie kilka, może kilkanaście słonecznych dni, z których większość i tak spędzę w biurze, oraz 3 dni przyjemnych świąt nie są w stanie nic zmienić. Nadal zimowa codzienność jest dla mnie brudna, szara i prawie nie do zniesienia. I właśnie dlatego chcę mieszkać tam, gdzie ciepło.



POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 8 listopada 2016

„Nie jestem swoją pracą"

Poniższy fragment książki mocno mnie poruszył. Muszę sobie ułożyć temat w głowie. Myślę, że efektem będzie artykuł za kilka dni.

„Nie jestem swoją pracą. Nie jestem swoim kredytem na mieszkanie. Słuchaj. Uśmiechaj się. Zgadzaj. Odbieraj przelew. Kupuj rzeczy, które nie są ci potrzebne”. Kiedy jesteśmy mali, czekamy, aż będziemy więksi. Kiedy kończymy szkołę, czekamy, aż pójdziemy na studia. Kiedy kończymy studia, czekamy, aż pójdziemy do pracy. Kiedy idziemy do pracy, czekamy, aż pójdziemy na emeryturę. Kiedy idziemy na emeryturę, powoli czekamy na śmierć. W międzyczasie czekamy na wakacje,
urodziny, seks, miłość albo odwrotnie, czekamy, aż dzieci pójdą do przedszkola, później szkoły, a później w cholerę zabiorą się z domu. Czekamy cały czas, aż w końcu zacznie się nasze pierdolone, PRAWDZIWE życie, przy czym oczywiście nie mamy pojęcia, na czym ta prawdziwość ma polegać. Dziś pewnie najpopularniejszym odpowiednikiem protezy posiadania własnego życia są podróże. Skoro podróżuję to mam własne życie, a składa się ono z czekania na kolejną."

Pokolenie Ikea. Kobiety, Piotr C.

POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

środa, 2 listopada 2016

Brak sił

Brak mi sił. To od dłuższego czasu hasło przewodnie mojego życia. Brak mi sił. Na prawie wszystko. Brak mi sił na telefon do rodziców. Na piwo ze znajomymi. Na pójście na trening. Na spacer. Brak mi sił na pisanie bloga. Na słuchanie muzyki. Na gry planszowe. Na gitarę. Brak mi sił na wyjazd w rodzinne strony. Na to, by pouczyć się hiszpańskiego. Na wybranie się na zakupy, mimo że w garderobie same starocie. Brak mi sił na imprezę. na koncert. Na przesłuchanie muzycznych nowości. Na wyjazd na weekend. Brak mi sił, by zmienić przepaloną żarówkę, o co od pół roku prosi mnie żona. Brak mi sił, by cieszyć się czymkolwiek. By docenić piękno. Moje życie to walka o przetrwanie. Czasem ktoś proponuje mi jakieś spotkanie, a ja zamiast się cieszyć, wpadam w popłoch bo nie mam siły, by na to spotkanie się wybrać. Brak mi sił. Od kilku lat moje życie składa się z pracy, rodziny oraz z braku sił. Czas, który pozostaje mi poza pracą i rodziną zużywam prawie w całości na poskładanie się do kupy na tyle, by znów pójść do pracy, znów zacząć kolejny dzień. To nie jest życie, to jest marna egzystencja.

I ta marna egzystencja to mój motor do zmian. Głęboko wierzę, że jeśli zmienię środowisko, pracę to będę miał więcej energii. To znaczy, energii będzie tyle samo, ale nie będę jej zużywał tyle, ile teraz kosztuje mnie wytrwanie w biurze, walka z nierówną pogodą, trwanie w mieście, którego nie lubię. Zmiana nie jest po prostu dążeniem do fajniejszego życia, zmiana jest konieczna.
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 25 października 2016

Narodziny dziecka? To może być świetna okazja do podróży!

Powszechnie sądzi się, że moment przyjścia na świat potomka to koniec podróży, zmian w życiu, koniec okresu próbowania rzeczy. Uważa się, że jest to chwila, w której nowo upieczony rodzic powinien czym prędzej porzucić wszelkie swoje marzenia i zająć się budowaniem stabilizacji rozumianej jako stabilność zatrudnienia i zamieszkania. Innymi słowy powinien posiadać własne mieszkanie, na które będzie ciężko pracować, najlepiej w stabilnej firmie na etatową umowę na czas nieokreślony. Ja mam jednak zupełnie inną opinię na ten temat.

Zacznę od tego, że sama wiadomość o ciąży podziałała na mnie jak niezły kop na rozpęd. Przed tamtą chwilą żyłem pogrążony w marazmie, pracowałem i obiecywałem sobie, że w kiedyś w końcu rzucę to wszystko i wyjadę za granicę. Koncepcje dokąd się przeniosę oraz co tam będę robić zmieniały się wielokrotnie. Trzy rzeczy jednak pozostawały boleśnie niezmienne - moje miejsce pobytu, rodzaj wykonywanej pracy i poziom niezadowolenia z życia. A potem przyszedł TEN dzień, w którym dowiedziałem się, że będę tatą. Wtedy zrozumiałem, że mam już mało czasu na eksperymenty. Dziecko będzie rosnąć i po kilku latach będzie mieć własnych znajomych, swoje środowisko, swoją szkołę. Wtedy będzie potrzebować stabilizacji i niezmienności. Zacząłem więc intensywnie pracować nad jakością swojego życia.

Potraktowałem narodziny syna, jako świetną okazję, by w bezpieczny sposób zrealizować swoje podróżnicze marzenia.  Dostrzegłem szansę jaką daje  urlop macierzyński. Sytuacja, w której jeden rodzic ma zapewniony dochód mimo braku konieczności uczęszczania do pracy, a także ma gwarancję zatrudnienia - to wręcz wymarzona okazja, by na kilka miesięcy spróbować czegoś innego. Rzadko kiedy w życiu można mieć takie bezpieczeństwo finansowe i otwartą drogę powrotu. Taka szansa się szybko nie powtórzy (chyba, że zdecydujemy się na rodzeństwo dla Tomka). Dlatego też policzyłem oszczędności i zacząłem zabiegać o urlop bezpłatny. Małe dziecko do prawidłowego rozwoju potrzebuje przede wszystkim rodziców - miejsce, w którym się znajduje ma dla niego drugorzędne znaczenie.

Dzięki powyższym działaniom możemy kilka miesięcy spędzić na Kanarach nie tracąc całości dochodów, ani pracy. 


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 18 października 2016

Co dalej?

Udało mi się otrzymać bezpłatny urlop w pracy i wraz ze złożeniem mojego podpisu na wniosku urlopowym wyjazd na Kanary przeobraził się z bliżej nieokreślonego planu marzenia w bardzo realną rzeczywistość. Wczoraj wykonałem kolejny duży krok - kupiłem bilet lotniczy na Gran Canarię. Działanie te wywołały we mnie dumę z tego, że znalazłem się naprawdę blisko osiągnięcia mojego celu, jak również lęk. Ewentualne wycofanie się stało się bowiem znacznie trudniejsze. Nie to, żebym się chciał wycofać.

Teraz zaś należy wziąć się ostro do roboty. Im więcej myślę o wyjeździe, tym więcej dostrzegam obszarów, które wymagają mojej pracy. Do zadań na najbliższe miesiące należą:

1. nauka hiszpańskiego - to niestety najbardziej zaniedbany obszar. Po tym, jak urodził mi się syn zabrakło mi czasu i motywacji, by realnie pracować nad językiem
2. przejrzenie rynku mieszkań pod wynajem. Chcę dobrze orientować się w cenach, a także wiedzieć, gdzie szukać ogłoszeń
3. poszukanie niedrogiego busa do wożenia turystów na Wyspie
4. zadbanie o sprzedaż naszego samochodu w Polsce
5. zapoznanie się z przewodnikami turystycznymi dotyczącymi Kanarów - zawsze warto mieć taką wiedzę. Może się przydać
6. otworzenie własnej działalności gospodarczej - muszę mieć jakąś ramę, która posłuży mi do świadczenia usług
7. zadbanie o karty EKUS - pozwalające na korzystanie z opieki medycznej w innych krajach Unii Europejskiej
8. sporządzenie listy rzeczy, która jedzie z nami na Kanary
9. zadbanie o sieć kontaktów na Wyspach - na przykład poprzez CouchSurfing
10. rozwiązanie spraw mieszkaniowych w Polsce
11. przygotowanie ulotek dotyczących moich usług
12. przygotowanie strony internetowej dotyczącej moich usług
13. przygotowanie listy rzeczy do zrobienia zaraz po przyjeździe na miejsce
14. kupno map morskich, locji i innych akwenów dotyczących akwenu Wysp Kanaryjskich
15. ??

Jestem pewien, że ta lista nie jest kompletna i będzie się rozszerzać o kolejne zadania. Tak czy siak, dużo tego i trochę mnie to przeraża. Na szczęście mam jeszcze trochę czasu na działanie oraz wsparcie moich bliskich:)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

poniedziałek, 17 października 2016

Klamka zapadła...

Właśnie kupiłem bilet na Gran Canarię. Na styczeń... W jedną stronę....

Jestem przerażony. I trochę podekscytowany jednocześnie.

Bardzo ciężko było mi zrobić ten krok. Szykowałem się na to od tygodnia i ciągle przekładałem na później. Dziś zmusiłem się, żeby zakończyć ten proces, zanim ceny wzrosną.


Czuję się jakbym właśnie skoczył na bungee... Tyle że nadal lecę....
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

poniedziałek, 10 października 2016

Jednak jestem normalny!

Jednak jestem normalny - to znaczy mieszczący się w standardach zachowań i widzący świat podobnie, jak inne osoby mojego pokolenia. Zazwyczaj myślę, że jest zupełnie inaczej, ale do myślenia dał mi pewien artykuł.

W skrócie mówiąc powyższy tekst mówi o tym, że pokolenie, które teraz jest w okolicach 30-ki ma zupełnie inne wartości niż rodzice.  Zamiast na gromadzenie dóbr i kupowanie domów - stawiamy na przeżycia, doświadczenia i budowanie wspomnień. Wartościami są elastyczność oraz finansowa i "geograficzna" niezależność. Wielu z moich rówieśników rezygnuje z zaciągnięcia monstrualnego kredytu hipotecznego, by kupić własne mieszkanie, ponieważ taka decyzja przywiązuje ich do pracy oraz jednego miejsca. Zamiast tego wolą elastyczność związaną z wynajmem. W ten sposób mogą osiedlić się tam, gdzie w danej chwili chcą, bądź potrzebują np. po zmianie pracy. Brak kredytu hipotecznego pozwala też na swobodniejsze podejście do pracy, częstsze jej zmiany bądź nawet przerwy w życiu zawodowym. Posiadanie przestało być wyznacznikiem sukcesu, a stało się nim ciekawe życie, relacje z przyjaciółmi. W końcu nasze wspomnienia i doświadczenia to jest coś, czego nikt nam nie ukradnie, coś co nie straci z czasem na wartości, nie ulegnie zniszczeniu w pożarze itp. Posiadanie drogich rzeczy zniewala - sprawia, że zaczynamy się o nie bać, drżeć przed utratą, często potrzebujemy jeszcze więcej pieniędzy, by utrzymać te rzeczy w dobrym stanie. I tak, osoba, która ma drogi samochód z reguły boi się jego kradzieży i musi wydawać ogromne sumy na jego ubezpieczenie, przeglądy i inne opłaty. W efekcie staje się zakładnikiem własnego dobrobytu. My uważamy, że lepiej jest bardziej być, niż mieć za dużo.

Do tej pory wydawało mi się, że ten mój sposób widzenia rzeczy jest nieco rewolucyjny, na pewno w poprzek istniejącym trendom, inny. A tu proszę, okazuje się, że nie tylko nie ja to wymyśliłem, a wręcz jest to wizytówką mojego pokolenia.

Miło wiedzieć, że nie jestem sam:)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 4 października 2016

Twarde zderzenie z (pourlopową) rzeczywistością

W ostatnim tygodniu byłem na rejsie. Przez siedem szczęśliwych dni pływałem po wodach Sardynii i Korsyki, zwiedzałem piękne zakątki tych wysp, jadłem owoce morza, piłem wino i grzałem się w słońcu. Mimo różnych trudności, czułem się bardzo dobrze. Woda i słońce to połączenie, które bardzo lubię i które dobrze na mnie wpływa. W końcu co człowieka obchodzą problemy świata kiedy ma pokład pod stopami, ciepłe słonce nad głową i przyjaciół dookoła.

Wracam więc sobie w niedzielę do Polski. W samolocie jestem jeszcze taki nieobecny, wyciszony, wyluzowany. Wysiadam z samolotu - i jest nawet ciepło, cieplej niż spodziewałem się po polskiej jesieni. Uśmiecham się do siebie i pogodnie wkraczam w polską rzeczywistość.

Radość jednak nie trwa długo. Poniedziałek wita mnie lodowatym wiatrem, a później także i deszczem padającym z ołowianego nieba. Prasa atakuje ujadaniem różnych politycznych frakcji, jedni protestują, inni wyrażają oburzenie i pogardę. Internet kipi od złych emocji. W biurze zamiast słońca czekają na mnie świecące zimnym światłem jarzeniówki oraz białe, nijakie ściany. Czuję, jak w ciągu kilku dosłownie godzin wyssana ze mnie zostaje ta pogodna beztroska i radość. Jak w tempie ekspresowym upodabniam się do szarego korpo-ludka.

Dobrze, że jestem w Warszawie jeszcze tylko trzy miesiące.Potem znów czeka mnie dużo słońca, pokład pod stopami i przyjemna beztroska dotycząca życia społecznego i politycznego mojego kraju. Miła perspektywa:)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

środa, 21 września 2016

Motywacja jest kobietą

Moja motywacja do wyjazdu na Kanary jest kobietą. To znaczy, jest zmienna, podlega cyklom i ciężko za nią nadążyć. Zauważyłem to już jakiś czas temu. W tej zmienności występuje pewien stały harmonogram.
Najpierw pojawia się niesamowita ekscytacja. Jadę na Kanary! z dala od polskiej, szarej jesieni i zimy! Z dala od zimnego deszczu i wiatru zacinającego w twarz! Z dala od polskiej polityki, agresji i marudzenia! To jest właśnie ten moment, w którym czynię największe postępy mam bowiem mnóstwo energii na działanie.

Następnie energia się kończy i przychodzi etap stagnacji. Nie mam siły i często czasu na działanie dla dobra sprawy. Pozostawiam wiele wątków niedokończonych. Dostrzegam tę swoją niemoc, toczę z nią walkę z góry skazaną na niepowodzenie. Irytuję się własną biernością i brakiem postępów.

Kolejnym etapem jest rezygnacja. Postrzegam swój wyjazd jako coraz mnie realny. Widzę pajęczyny i kurz, którym obrastają kwestie wyjazdowe. Zaczynam myśleć, że to nie może się udać i pogrążam się w cichym smutku myśląc, że moje życie nigdy nie ulegnie zmianie, ponieważ nie posiadam wystarczającej determinacji. Nie podoba mi się obecne życie, ale przestaję wierzyć, że zmiana jest możliwa.

Potem często następuje akceptacja - zaczynam dostrzegać pozytywne strony pozostania. Cieszę się z miłego spotkania z rodzicami, polskiego lata. Zaczynam zastanawiać się, jaki zawód mógłbym wykonywać tu, na miejscu, który byłby możliwie zgodny z tym, co chcę robić. Ten stan trwa...

 ...Aż do czasu gdy jakieś wydarzenie, inspirująca lektura lub rozmowa sprawi, że znów odżywa we mnie pełen entuzjazm i wola działania. Koło się zamyka.

Podejrzewam, że z tą motywacją tak jest nie tylko u mnie. Każdy ma wątpliwości i chwile, kiedy bardzo słabo wierzy w osiągnięcie celu. Ale potem znów łapie wiatr w żagle i płynie dalej.

W chwili obecnej głowa zaczyna mnie boleć na samą myśl o procesie przeprowadzki na Kanary. Po ostatnim okresie wzmożonej motywacji czas na stagnację. Oby krótką :)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

piątek, 16 września 2016

Nie takie korpo straszne, jak je malują ;)

W środę miałem ważną rozmowę z szefostwem. Powiedziałem im o moim planie wyjazdu na Kanary. Poprosiłem o urlop bezpłatny jednak za bardzo nie liczyłem na to, że firma się zgodzi. Osoba, z którą rozmawiałem też była bardzo sceptyczna i powiedziała, że przedstawi moją propozycję, ale jej zdaniem będę musiał po prostu zrezygnować z pracy. Spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale stwierdziłem, że zawsze zdążę złożyć wypowiedzenie, ale wolę najpierw choć spróbować rozmawiać.

I wiecie co? Opłaciło się!
 Kilka godzin później otrzymałem pozytywną odpowiedź na moją prośbę. Firma udzieli mi półrocznego, bezpłatnego urlopu!! Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony postawą mojego pracodawcy. Jednak nie takie korpo straszne, jak je malują.

Kanary stają się coraz bardziej realne! Za 3 miesiące będę mógł spróbować sił w moim ukochanym żeglarstwie! :)



POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 8 września 2016

Przełom na moim prywatnym polu bitwy

Czasem mam tak, że gdy rozważam jakiś pomysł, większą zmianę, jestem pełen wątpliwości i w głowie toczę batalię między 'za' i 'przeciw', która zmienia się powoli w wojnę pozycyjną na wyniszczenie. I wtedy trafiam na książkę, artykuł, film - na coś, co dokładnie trafia w temat i powoduje przełom na wewnętrznym polu walki. Taka sytuacja nastąpiła u mnie w zeszłym tygodniu.

Przez ostatnie tygodnie czułem, że wyjazd na Kanary wymyka mi się z rąk. Niby nic się nie zmieniło, na mojej drodze nie pojawiły się żadne nowe przeszkody, a jednak czułem się coraz bardziej zalękniony, wręcz przerażony perspektywą porzucenia ciepłej posadki i zostawienia za sobą życia takiego, jakie znam. Obawy oraz argumenty przeciw wyjazdowi zaczęły dominować w mojej głowie i wprowadzając mnie w stan apatycznej rezygnacji. Irytowało mnie, że dostrzegam wyraźnie minusy wyjazdu, ale poza żeglarstwem nie mam żadnego innego pomysłu na siebie. Ten stan trwał już jakiś czas, uwierał i sprawiał, że codziennie w mojej głowie obie strony przeprowadzały kolejne potyczki i wymiany ognia. Aż do czasu, gdy zabrałem się za książkę "The crossroads of should and must" napisaną przez panią Elle Luna'ę. Tytuł ten polecał Andrzej Tucholski na swoim blogu: http://andrzejtucholski.pl

Z lektory dowiadujemy się, że przez życie można przejść poprzez drogę should - żyjąc w sposób, jaki oczekują od nas inni ludzie, wypełniając obowiązki i pracując 'bo tak trzeba' i licząc dni do najbliższego weekendu. Można też wybrać drogę Must - znacznie trudniejszą wersję, w której dążymy do robienia tego, co jest naszą pasją i pochłania nas bez reszty, tak bardzo, że nie chodzimy już do pracy - to my jesteśmy tą pracą. Ta druga opcja wymaga wiele odwagi, bo trzeba przeciwstawić się światu, pokonać masę lęków i zaryzykować ścieżkę, która nie wiadomo dokąd prowadzi. W zamian jednak otrzymujemy bogate życie zgodne z własnymi zainteresowaniami i potrzebami. To tyle, jeśli chodzi o streszczenie - chętnych zapraszam do lektury oryginału, zapewniam, że warto :)

Dla mnie szczególnie istotne okazały się dwa momenty w tej pozycji:
1. kiedy autorka opisuje swoją historię i opowiada o momencie, w którym postanowiła rzucić pracę w interesującym start-upie na rzecz malarstwa:  "wybór pojawił się nagle. oba światy - równie ciekawe, ale zupełnie różne. sprawdziłam swoje konto - mogłam pozwolić sobie na kilka miesięcy życia jako artystka. Złożyłam wypowiedzenie. Nie miałam pojęcia co robię i -jednocześnie - doskonale wiedziałam co robię"
2. "Droga must to droga, którą sami tworzymy. Zaczyna się na bezdrożu, w nicości, pustce - tabula rasa. (...)Jeśli widzisz swoją ścieżkę przed tobą wytyczoną krok po kroku, to znaczy, że to nie jest twoja ścieżka. (...) Swoją prawdziwą drogę tworzysz krok po kroku"

Oba fragmenty bardzo dobrze odnoszą się do sytuacji, w jakiej się znajduję. Ja również jestem o krok od rzucenia pracy, również tylko mgliście wiem dokąd zmierzam. Jestem tym podekscytowany i jednocześnie przerażony. Wiem tylko, że mój pierwszy krok w drodze must zmierza ku Kanarom i żeglarstwu, ale nie mam pojęcia jaki będzie dalszy przebieg mojej scieżki. Dobrze było dowiedzieć się, że nie jestem jedynym, który nie ma klarownej wizji swojej nowej drogi, a także, że wszystkim towarzyszą lęki i wątpliwości z tym związane.

Ta książka wpadła na moje prywatne pole bitwy siejąc spustoszenie w szeregach sceptycznych myśli i wątpliwości. Na powrót poczułem, że warto spróbować żyć inaczej, choćby po to żeby sprawdzić dokąd mnie to zaprowadzi i czego dowiem się o sobie.


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

środa, 31 sierpnia 2016

Im bliżej zmiany, tym więcej lęku

Pozornie, zmiana trybu życia wydaje się prosta. Bardzo czegoś pragniemy, więc robimy tu i stajemy się szczęśliwszymi ludźmi. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że tkwi w nim lęk przed zmianą równie silny jak chęć by tej zmiany dokonać. Lęk ten uświadamiamy sobie, kiedy jesteśmy na rozdrożu - gdy dosłownie jeden krok dzieli nas od nowego życia. To będzie jeden z najtrudniejszych kroków w waszym życiu...

Kiedy ponad rok temu wymyśliłem sobie mój kanaryjski plan - wszystko wydawało się proste - ot nazbieram oszczędności, rzucę pracę, z radością pojadę tam, by zacząć nowe życie. Nie przyszło mi do głowy, że aż tak bardzo będę się bać. Wraz z upływem czasu, wykonywaniem kolejnych zadań, podejmowaniem kolejnych decyzji, kiedy czułem, że jestem coraz bliżej do momentu wręczenia wypowiedzenia - moja obawa narastała. Coraz częściej pojawiały się pełne lęku myśli, o tym, czy dam sobie radę. Najpierw co kilka dni, a później już codziennie. Przez ostatnie tygodnie głównie się bałem. Miałem tysiące myśli, że kiedy rzucę wygodną posadkę w korpo wszystko pójdzie źle - oszczędności szybko się skończą, nie poradzę sobie z prowadzeniem firmy, nie będę umiał utrzymać mojej rodziny, stracę przyjaciół, okaże się, że nowa sytuacja wcale nie sprawia, że czuję się szczęśliwy. Bałem się, że dość szybko los da mi pstryczka w nos i będę żałował, że kiedykolwiek opuściłem bezpieczną, ale śmiertelnie nudną bezpieczną korpo-przystań.

I wiecie co? większość tych wszystkich lęków nie ma żadnego, ŻADNEGO racjonalnego podłoża. Jest to najzwyklejszy lęk przed nieznanym. Nie wiem, co mnie czeka, więc automatycznie produkuję wszelkie możliwe czarne scenariusze. Tyle że równie dobrze mogę powiedzieć sobie: jestem ogarniętym człowiekiem, do tej pory świetnie dałem sobie radę w wielu trudnych sytuacjach. Nic nie wskazuje na to, że tym razem ma być zdecydowanie inaczej. Pewnie, będą rzeczy, które się nie powiodą, więc wyciągnę z nich wnioski i pójdę dalej.

Ostatnio nauczyłem się działać mimo tego lęku, zaakceptowałem go. Wiem, że on będzie się pojawiał. Im bliższy będę rzucenia pracy, poczynienia zdecydowanych kroków, tym silniej ten lęk będzie starał się mnie powstrzymać. Wiem o tym i jestem przygotowany na jego wpływ. Myślę, że już nie będzie on w stanie zawrócić mnie z obranej drogi.

Obym miał rację.
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

środa, 22 czerwca 2016

... Po przerwie

Ahoj!
Przez ponad miesiąc milczałem. Nie pisałem, bo mój świeżo urodzony syn absorbował mi czas i myśli tak dalece, że w zasadzie nie było o czym pisać.

Czas jednak powrócić do realizacji moich planów.

Oto jak wygląda sytuacja:
1. otrzymałem uprawnienia żeglarskie, które zdawałem w kwietniu
2. po urodzeniu dziecka zawiesiłem naukę hiszpańskiego - teraz chcę do tego wrócić
3. lato jest piękne - dużo czasu spędzam w lesie. Przy pogodach, takich jak ta moja motywacja do wyjazdu znacząco maleje
4. zacząłem szkolić się z zakresu meteorologii

W najbliższym czasie chcę:
1. zadzwonić do znajomej, która mieszka na kabatach
2. ustalić plan z żoną
3. powrócić do nauki hiszpańskiego
4. rozejrzeć się za kursem pierwszej pomocy
5. poszukać innych szkoleń oraz wiedzy potencjalnie przydatnych w moich planach 


POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

czwartek, 19 maja 2016

Mam syna!

W niedzielę wieczorem urodził mi się syn. W oczywisty sposób jest to specyficzny i wymagający okres dla młodych rodziców, dlatego w najbliższych dniach zamierzam skupić się przede wszystkim na potomku. Nie znaczy to jednak, że porzucam przygotowania. Zawieszam je na chwilkę, by do nich wrócić, kiedy osiągnę równowagę w nowej sytuacji.
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO:

wtorek, 10 maja 2016

Co się ostatnio działo w temacie moich przygotowań?

Ostatnie tygodnie należały od odrobinę mniej aktywnych w temacie przygotowań. Działo się zbyt dużo innych rzeczy i grało we mnie zbyt dużo emocji, bym miał jeszcze miejsce na te sprawy. Mimo to, parę tematów udało się ogarnąć:
1. nauczyłem się sporo angielskiego słownictwa żeglarskiego i cały czas uczę się kolejnych terminów i wyrażeń. Uczę się z ksiażki p. Małgorzaty Czarnomskiej " Angielski dla żeglarzy"
2. Przeczytałem książkę o prawidłowej obsłudze diesla na jachcie
3. Wysłałem wniosek do PZŻ o wydanie patentu sternika morskiego
4. Skontaktowałem się z kolegą, który być może będzie chciał współpracować w moim pomyśle
5. odbyłem kilka kolejnych lekcji języka hiszpańskiego
6. przejrzałem ogłoszenia dotyczące dorywczej pracy jako sternik w okolicach Warszawy (jak na razie nic nie znalazłem)


Praca wre :)
POLUB FANPAGE TAM, GDZIE CIEPŁO: